czwartek, 11 grudnia 2008

Świąteczny spacer

Wygląda na to, że szczęście dopisuje mi w życiu. Miałam się wyprowadzić z końcem listopada i tak też zrobiłam. Może nie koniecznie do własnej osobistej przestronnej kawalerki, ale jak się wczoraj okazało do kawalerki w najbardziej "Posz, jazzy, trendy, cool" okolicy w Warszawie. Dobrzy przyjaciele rodziców pożyczyli mi swój 15-metrówy apartament przy placu Zbawiciela. Może nie ma tu lodówki, pralki i kuchenki , ale z domu mam 6 minut na przystanek do pracy, mieszkanie jest ciepłe, przytulne i nowoczesne. Jedyny mankament to akustyczność. Za ścianą mieszka młoda śpiewaczka operowa o anielskim sopranie,ćwicząca bardzo ambitnie swoje partie tuż przed występem czy próbą, tego nie wiem jednak zadziwiające jest, że śpiewa albo tak głośno albo tak wyraźnie, że nauczyłam się jej ćwiczonego utwóru myjąc okna (na krześle nota bene do którego w końcu wpadłam) . O 8 rano zaczyna się rycie ścian , gdyż remont klatki trwa. Kiedy już człowiek stwierdza,że wstaje bo nie jest w stanie już spać w tym hałasie,to chłopaki mają przerwę na kanapkę. Cały dzień winda chodzi góra dół, można liczyć spokojnie piętra,które pokonuje. Na szczęście mam dobre głośniki. I tak jestem szczęśliwa, mogę mieszkać spokojnie choć na chwilę, szukać czegoś swojego bez ciśnienia i przechadzać się pięknymi uliczkami w okolicy. Wczoraj zrobiłam sobie świąteczny spacer . Wyszłam z domu zaraz na ulicę Mokotowską. Nie spodziewałam się , że to jedna z najpiękniejszych ulic Warszawy. Jest bardzo europejska. Swoim klimatem przypomina knajpki, butiki, restauracje schowane wśród wąskich kamienic brukselskich, antwerpskich czy amsterdamskich ulic. Upatrzyłam sobie nawet kilka ciekawych sklepów i jedną cukiernie Geslerowej "Słodko słono" podobno najlepszą i najsłynniejszą w stolicy zaraz po pijalni czekolady Wedel. Zaciekawił mnie sklep kolonialny,gdzie można kupić sobie motyla afrykańskiego, pancerz nieznanego,niespotykanego niegdzie nawet w zoo zwierzęcia, czy rogi antylopy. Innym wartym zobaczenia miejscem jest "żyrandolownia", tak sobie nazwałam ten butik z racji na to, że sprzedawano w nim same luksusowe , oryginalne żyrandole...na każdą okazje:) Na rogu ulicy Koszykowej cukiernia włoska i restauracja prowansalska. Idąc w dół Mokotowskiej minęłam przepiękne dwie eklektyczne kamienice, jedna podtrzymywana przez góralskie postacie. Idąc w dół ulicy dotarłam się do Placu Trzech Krzyży, a stamtąd jest już rzut beretem na starówkę. Waro poświęcić teraz chwilę uwagi owej ulicy Nowy Świat , Chmielnej, czyFoksal. Zastanawiałam się całą jesień jak będzie wyglądać Warszawa zimą. I muszę śmiało stwierdzić, że jest przepiękna. Całe ulice Starego Miasta oświetlono niezliczoną liczbą białych lampek pobłyskujące na drzewach, słupach i budynkach. Po drodze minęłam kilka świetlnych fontann , a kulminacją zimowego spaceru była ogromna kolorowa choinka na placu przed Zamkiem. Idąc w głąb starego miasta usłyszałam kolędy odśpiewywane na dwa głosy i dwie gitary przez dwóch przesympatycznych kloszardów w bramie jedej z kamienic. Zapach kiełbasek, bigosu i pierogów doprowadził mnie na plac Starówki , gdzie rozstawiono stragany z różnymi przysmakami na stół wigilijny, ozdobami światecznymi i prezentami z cyklu hand made. Za straganami zebrani ludzie podziwiali pięknie przystrojną syrenkę w niebieskich świetlnych falach. Po takim spacerze z Michael'em Buble w słuchawkach , który śpiewał mi romantycznie"I'll be home for Christmas" byłam już zupełnie wprowadzona w świąteczny nastrój. Robaczek zakupił choinkę , ja ją przyozdobiłam bąbeczkami i teraz sobie siedzimy z winkiem i rozmawiamy o prezentach, o tym która mama robi lepszego karpia, o tradycjach wieszania lampek na dachu i wspominamy jak to gdy byliśmy mali zjadaliśmy potajemnie cukierki z choinki. Gdyby tylko spadł śnieg.... świat byłby już cudny w te świeta napewno.

czwartek, 20 listopada 2008

W poszukiwaniu nowej Musz(el)ki

Wszystko co dobre szybko się kończy, chyba że to co dobre jest przedsmakiem lepszego.Wyprowadzam się. Decyzja podjęta,termin ustalony-grudzień. Ustalony? Nieee, definitywnie narzucony przez Mr.B. Cóż zrobić , cóż poradzić? Uraz był? Nie zaleczysz jak nie zejdziesz z oczu. Natychmiast siooo stad. muchu !I Czasami się zastanawiam czemu tak jest , czemu tak się dzieje, że zawsze prawdziwe ja pokazuje się na końcu związku, kiedy przestajemy się starać , kiedy znika uśmiech i pokazujemy mroczne zakamarki swojej po rozstaniowej natury. Te , które wychodzą zawsze gdy jest nam przykro, gdy bierze nas żal , zazdrość czy złość. Myśli jakby też ciemniejsze , zimniejsze. To przykre , kiedy widzisz jak wypala się iskra , jak dopada nas chłód taki przenikliwy do kości.... Zima, ona naprawdę już przyszła. Chłód dopada mnie na każdym kroku we własnym domu. Jestem zdecydowanie ciepłolubnym muszkiem, więc zabieram swój woreczek na kijaszku, kromkę chleba pod paszkę i lecę dalej poszukać jakieś muszelki do spania. UWAGA ANONS: Młoda piękna niezbyt wymagająca stewardesa Poszukuję taniego ciepłego , niezbyt małego, muzycznie hałaśliwego, może być dość mocno luksusowego, samogotującego , samopiorącego i samosprzątającego się domu z balkonami , wielkimi jadalniami i sypialniami w róż.... i już.

czwartek, 6 listopada 2008

Między nami dziewczętami

Jak cudownie i jak błogo :) w domu. Mój wysłużony urlop mogę określić w trzech słowach dziewczyny,bobasy,odwiedziny. Jakaś zmiana musiała być, bo w końcu ile można z samymi facetami? Dobrze jest poplociuchać troszkę o tym jak zrobić fajne paznokcie , kto gdzie się obcina, jak farbnąć odrosta bez jajecznicy i czy mężczyźni naprawdę kochają zołzy ? A jeśli tak to czy jesteśmy zołazami? I która jest największą z zołz ,a która musi jeszcze nad tym popracować. Podczas nocnych kobiecych spotkaniach przeplatają się męskie akcenty w postaci zadymionych karciochów czy włoskiej wyrzery bez opamiętania. Mimo , iż usilnie staramy się przywrócić szalone posiadówki licealne naszej czwórki, to niestety nieuniknione są modyfikacje czasowo-przestrzenne. Tematy też jakby już nie te same i wstawanie po imprezowe bardziej bolesne bo zależne od trybu życia tych najmniejszych , najmłodszych kolejnych pokoleń. Taak kolejne pokolenie... ooo to jest ciekawy temat. Troszkę mnie przeraża fakt ze dościga nas , nasza czwórke licealistek niezależynych, beztroskich, szalonych... przepycha sięw nasze reanimowane beztroskie spotkanka , krzyczy i tupie nóżkami , bezczelnie oświadcza ze już nie jesteśmy tymi ... z przed kilku lat i że czas teraz na nich. Choć to piękne, że przynoszą zmiany jakoś żal że już nie wróci... rzeka , liceum, ekonom, wlewanie po kryjomu wody do połowy pełnych (bądz do połowy pustych) butelek z barku , bułka z serkiem z kiełbaski, wyjazdy chórowe, śpiewy autobusowe, eskapady Koszałkowe czy nad morze maluchowe.... eh

czwartek, 16 października 2008

Mmm ... dzieje się dzieje :)

Wrócili chłopcy :))) Nastąpiły nowe dni życia studenckiego po ex życiu studentki przeplatane od czasu do czasu przymusem pracy. Nie żebym narzekała, niezmiennie lubię swoją pracę, jednak kiedy ogranicza mi wieczór wcześniej pójścia w spokoju na imprezkę to czasem mam jej dość. A czego szczególnie? Telefonów z bazy o meldowaniu na 5: 30. Nie jest to bynajmniej przyjemne, cholernie nie lubię wstawać rano, a jeszcze bardziej dobija mnie fakt, że za ścianą chrapią sobie chłopaki , którzy 5 minut przed moją pobudką właśnie uwinęli się do łóżek, a kiedy wracam po całym dniu witam ich zaspanych w progu. Eh ,tak takie beztroskie życie prowadziłam jakiś rok temu , kiedy od czasu do czasu skoczyłam po dobrym śnie do późnego popołudnia w ramach rekreacji na wieczorne zajęcia na uczelnię, na siłownie, basen ale nie wcześniej niż 13. Tak sobie myślałam jak to będzie kiedy chłopaki wrócą? Czy dam sobie radę z tą poranną świadomością czy zacznę się notorycznie spóźniać do pracy? Na razie jest ok jakoś się nie spózniam i jestem twarda.Mimo, iż wnerwia mnie niemożliwie fakt beztroskiego snu moich chłopców, a mojego porannego stania na przystanku . Dzielnie 4 :10 pobudka , myju myju , owsianka, kawuszka i dzida na autobus , bo może być za późno i po ptakach już z następnym kursem autobusu. A w samolocie szybki serwis , zbieranie , kilka rundek po kabinie, ciepła porcja , światło dim i zwis w letargu na pasach barkowo- biodrowych na jupseacie. Na szczęście takich poranków jest stosunkowo niewiele w miesiącu jedak dają równo w kość. Jak tu nie być zmęczonym, kiedy w domu prawie codziennie wieczorna posiadówka ze znajomymi, wspólne gotowanie i litry wina? Obawiam się, że będę szersza niż wyższa niedługo . Odkąd wrócił Mr. B i Mr S. z wakacyjnych wojaży prześcigamy się w pomysłach na nowe potrawy. Gotując rotacyjnie badamy,które danie wykwintniejsze, łatwiejsze w przygotowaniu i bardziej zjadliwe . Nasi zajomi wykupili sobie już karnety przynależności do tależa , a od czasu do czasu zostają zapędzeni do gara w ramach przyspieszenia akcji kolacja, ku ich wielkiej radości , gdyż ku naszej niemożności zrozumienia należą do grona ludzi , którzy nie posiadają w domu nawet patelni. I tak były już polędwiczki, tortille , sałatka z awokado i migdałów, tarty owocowe, tarty z cyklu co mam w lodówie to dam, naleśniki i quiche lotaryńskie wg.przepisu Anuśki i Maciuśka,ale ale ale i naszego sąsiada Pascala Brodnickiego :) Jeszcze się z nim nie zakolegowaliśmy , ale wiemy że mieszka gdzieś w naszej dzielicy, więc już wkrótce zaprosimy go na kolacyjkę , partyjkę bouli w parku i zdobędziemy jego serce i tajne przepisy :))) hehe. Dzieje się dzieje :))))))

sobota, 27 września 2008

This is the men's word :)))

5 :00 wpadam zaspana do pokoju stewardes zwanego potocznie " gniazdem żmij" , wbrew określeniu siedzą w nim sami faceci. " To dobry znak" myślę. Może uda się z którymś polecieć. Siadam przed komputerem, drukuję tzw. "kartkę na wódkę" (dzięki niej załoga dostaje zniżki na alkohol w Baltonie :)) , jednak jej głównym przeznaczeniem jest poinformowanie o ilości paxów w biznesie i ekonomii, godzinie odlotu, przylotu oraz ekipie, która będzie wykonywać rejs danego dnia. Czekam na druk .... ooo lecę z największym dżentelmenem ze stewardów. Już wiem , że będzie dobrze :) Chłopów nie znam ale zważywszy na lata pracy( to też podane jest na kartce) będą młodzi , wiec pewnie i wyluzowani. Perspektywa spędzenia 3 dni w szarych Katowicach ze zblazowaną ekipą, rozgadanymi panienkami , które muszą koniecznie obgadać wszystko i wszystkich po kolei , czy nie daj Bóg z instuktorką wcale nie nastrajała mnie pozytywnie. Tu jednak miłe zaskoczenie. "Chłopy"czyli piloci wyluzowani , szef jeszcze bardziej. Żadnego serwisu w stylu bułkę przez bibułkę , "welkamy" na tacy czy robienie doktoratu z podawania kawy. Świadomość przewidywanej 3-dniowej laby pokierowała mnie przed lotem do księgarni, gdzie zakupiłam sobie książkę Elizabeth Gilbert "Jedz , módl się, kochaj", bo przecież coś w samolocie trzeba robić prawda? Siedząc sobie z lekturą w ostatnim rzędzie uświadomiłam sobie, że od jakiegoś czasu najmilszym towarzystwem nie są wcale koleżanki ale własnie koledzy. Wszystko zaczęło się tak naprawdę od kiedy zamieszkałam z chłopakami. Całe życie miałam przy sobie przynajmniej jedną do 4 koleżanek , z którymi imprezowałam , piłam kawkę, uprawiałam sport czy plotkowałam. W licealnej klasie miałam 30 dziewczyn, a w domu jak to tato zwykle określał "Krainę wiecznego okresu" :) same babki, matki, córki, kocice i suki ;) Z żadną z dziewczyn nie jest mi tak łatwo umówić się na spotkanie, imprezę czy zwyczajne wyjście na spacer jak z facetami. U ONych szybka decyzja -Wychodzimy? -Wychodzimy. U ONEch-Nie wiem, nie mogę, zmęczona, idę do chłopaka na film , nie piję, mam okres, mam pracę , nie mam w co się ubrać. To spowodowało , że na rolki, do parku , na kawe czy koncert wybieram szybszą , bardziej zdecydowaną ekipę męską. I zawsze wracam w świetnym humorze. Nawet w pracy, jeśli jest to 3 dniowy wyjazd. Po ostatnim pobycie w Gdańsku z inną męską podniebną drużyną nie mogłam przestać się śmiać jeszcze jadąc do domu w autobusie. Szkoda , że stewardzi u nas stanowią tylko 25 % całego personelu pokładowego. Mogłoby ich być conajmniej z 80 %, taki AXE JET w wersji męskiej :))) to by się działo .


niedziela, 14 września 2008

survival w Moskwie

No i proszę przeżyłam swoją pierwszą prawdziwą przygodę w pracy. Miałam ten zaszczyt mieć ją już po 2 miesiącach angażu w firmie , kiedy to moje koleżanki z załogi musiały czekać na nią latami :) Oczywiście nikomu nie życzę takiej eskapady ale jeśli ktoś jest już bardzo znudzony swoją robotą , być może, że miałby pragnienie polecieć do kraju pełnego paradoksów i znaków zapytania. O czym mowa ? O Rosji tym razem. Nasz rejs miał się zakończyć po 2 dniach lotów do Krakowa , Genewy i Moskwy jednak okazał się dłuższy niż nam się wydawało. Dnia drugiego wylecieliśmy do Moskwy rejsem wieczornym. Na pokładzie tradycyjnie serwis dublowany kolejnymi drinkami. Zakończony kłótnią z pasażerami , którzy byli w wielkim szoku , że skończyło się wino , wódka i piwo. Po dwóch godzinach walki serwisowej przymierzaliśmy się do lądowania. Pogoda była nieciekawa, szare chmury widać było przez wizjer, a podczas zejścia miałyśmy przez chwilę uczucie nagłego spadku i wznoszenia. Siedząc w trójkę na swoich jupseat'ach w tylnym bufecie skomentowałyśmy jednogłośnie , że zapewne to burza , powodowała te dziwne wzloty i zloty. Na lotnisku w Moskwie okazało się , że mieliśmy mały problem z masyną. Na szczęście nasi piloci dali sobie znakomicie radę , choć wyszli z kokpitu lekko bladzi. Podczas długiego oczekiwania na mechanika uraczałyśmy się kawą i teramisiu z biznesu , szefowa wróżyła z wahadełka czy wylecimy czy nie,opowiadała o pierścieniu Atlantydy ,który przynosił jej szczęście a my z nudów ćwiczyłyśmy podstawowe zwroty po rosyjsku. Profesionalny mechanik oświadczył najpierw , że wszystko działa i możemy lecieć , po czym coś go tknęło i wrócił się na chwilę by jeszcze raz potwierdzić swój werdykt i wielce zdziwony odkrył , że chyba jednak coś nie koniecznie Poinformowani o fakcie przygotowaliśmy się do wyjścia do obiecanego nam hotelu . Jednak , żeby nie było za lekko przeszliśmy długi proces identyfikacji załogi. Nasze paszporty sprawdzano, kserowano, podbijano i zgłaszano z 20 razy. Obiecano nam również Novotel a zamiast tego wpakowano nas do jakieś rudery na przeciwko tłumacząc a w zasadzie oznajmiając nam rozkazująco, że tu śpimy, nie ma nigdzie miejsc i koniec. Zmęczeni całym dniem i pogodzeni z faktem , że jeśli się nie zgodzimy może być tylko gorzej weszliśmy do środka. Poraz pięćset piędziciesiąty czwarty zabrano nam paszporty , tym razem na cała noc. Wchodząc do głównego holu stwierdziliśmy, że nie jest tak źle , hotel wyglądał w środku całkiem przystępnie. Nasze doznania zmieniły się jak tylko dojechaliśmy na górę. Pilnowani przez trzech strażników dowiedzieliśmy się, że nie będziemy mogli wyść z hotelu a śniadanie mamy zjeść w pokoju. Zamknięto nas na klucz i pilnowano całą noc. W kranach leciała brązowa woda,więc nie było mowy o umyciu się. Nad ranem strażnik , który był wcześniej za drzwiami nagle znalazł się przed nimi z własnym krzesełkiem. Do godziny 14 zmieniali się co 15 minut , gadali przez krótkofalówki i udawali że ich nie ma. Jeżeli ktoś kiedyś łudziłby się , że dodzwoni się do ambasady czy konsulatu to od razu uprzedzam , że napewno nie w tym kraju. O 10 przyszła pani Jadzia z kuchni , dała nam śniadanie w styropianowych pojemnikach w postaci rozgotowanego ryżu , masła i parówki. Dodatkowo otrzymalismy plastykowe kubki z torebką herbaty. i plastykową łyżką do zupy. Był tylko jeden zasadniczy problem , otóż nie mieliśmy wrzątku :) , a w recepcji powiedzieli nam , że nie przyniosą bo mają własnie jak to grzecznie określili- "technikal break" co w wolnym tłumaczeniu oznacza " spadaj leszczu nie ma i nie będzie!". Przesiedzieliśmy przedpołudnie w pokoju wraz z pilotami w dziwnych porannych strojach;). O 14 wpadli 3 ochroniarze i wypędzili nas z pokoju. Po drodze wyrzucili z windy starszą panią , bo więźniom nie wolno jeździć z normalnymi ludzmi. Zawieziono nas po innych transferowych więźniów z Novotelu i wyrzucono na lotnisku uprzednio poraz kolejny zabierając paszporty. Dzień spędziliśmy na bezcłówce , a wieczorem polecieliśmy benkiem 767 do domu :) Na pokładzie załoga przywitała nas szampanem. Przez następny dzień czułam jeszcze lekki stres ,ale dzisiaj już powoli odeszło. Martwi mnie tylko fakt , że jeszcze w tym tygodniu czeka mnie kolejna eskapada na Białoruś i do Rosji. Jakby się tu spakować w takim razie hmmmm ... może w jakąś wizę?

wtorek, 2 września 2008

Rodzina Borejko

Kiedy byłyśmy dziećmi ja i moja siostra uwielbiałyśmy wczytywać się w fantastyczne historie pewnej wyjątkowej poznańskiej rodziny Borejko.Ich wielopokoleniowe perypetie życia śledziłyśmy niemalże systematycznie z każdym pojawieniem się kolejnej części M. Musierowicz w księgarni. I każdy kto ma chodź troszkę romantyzmu w duszy i zna ich historie nie zaprzeczy,że za młodu po cichu marzył aby stać się chociaż dalszym przyjacielem któregoś z jej członków, nie mówiąc już o wstąpieniu do rodziny. Jeśli ktoś miał szczęście to w swoim mieście i życiu mógł natrafić na takich Borejków. Nie koniecznie wszystkich razem ale pojedyncze postacie. Moimi Borejkami jest pewna znana mi już od cudownych lat licealnych rodzina , której członkowie pierwotnie wywodzą się chyba z rodu Tatarów czy Mongołów, bowiem skośne oczy i tak zwana fałda mongolska są charakterystyczną cechą ich urody. Porozrzucani po całej Polsce ale i świecie dają radość ludziom , którzy mieli tą wyjątkową sposobność ich poznania. Moje tzw. "córki Borejko" to dwie kuzynki, niezmiernie do siebie podobne . Wspólną cechą poza fałdą oczną jest rozpierająca je energia , fantazyjne stroje,1001 pomysłów na niepogodę i nudę , niebywałe zdolności umysłowe i umiejętności przyciąga jak magnes swoim urokiem osobistym wszystkich mężczyzn. Jedną Borejkównę znam od wielu lat. Mieszkała w prześlicznym mieszkanku na ostatnim piętrze w artystycznego bloku koło SOK-u ze swoją wspaniała mamą , znaną aktorką słupskiej sceny teatralnej dla dorosłych jak a niegdyś dla dzieci. Klimat ich domu, sprawiał, że nikt nie czuł się tam nieswojo i zawsze było żal wychodzić na ostatni autobus. Wśród bambusowych zarośli kuchennego kącika mama i córka "Borejówny" spędzały całe dnie i noce na dyskusjach o książkach, sztuce , miłości ,muzyce i życiu. Stałymi bywalcami przyżądzanych namiętnie tostów byłyśmy my a także kabareciaże i muzycy z bloku. Czasami wpadał też zdyszany pokonaną na rowerze trasąUstka- Słupsk, ojciec młodej borejkówny z zawodu perukarz teatralny , z zamiłowania paralotniarz, fotograf , roweżysta , kobieciarz . Długie wieczory skończyły się jak tylko młoda B. wyjechała do Krakowa by tam , rozwijać swój talent aktorski. Reanimowane spotkania w dni świątecznie nie były już tymi samymi co za czasów 1 LO. Miłe chwile jednak wróciły niespodziewanie po latach, gdy zamieszkałam w Warszawie. Młoda B. zaczęła przyjeżdżać na castingi , by sprawdzić ileż to już się nauczyła przez lata studiów na wydziale aktorskim. Krok po kroku przyciągneła do mnie swoją kuzynkę ( drugą moją borejkównę), którą poznałam wiele lat temu , kiedy przyjeżdżała do Heleny na letnie weekendy z miejscowości Koło ( ze słynnego trójkąta przemysłowego ,każdy pewnie pamięta maglowane na geografii rozmieszczenie węglą Konin -Koło- Turek) . I zawsze było mi przykro , że taka fajna dziewczyna nie mieszka w Słupsku tylko w jakimś węglanym kółku. Radość i szczęście uśmiechnęło się poraz kolejny, gdy okazało sie ,że studiuje w Warszawie. Dzisiaj przyjechałam do Kółka by leczyć "kwiaty kalafioru" i poznałam kolejnych członków borejkowej skośnookiej rodziny. Aż mi się miło zrobiło , gdy nowo poznana mama drugiej B. zabawiała właśnie w swojej kuchni opowieściami byłego chłopaka jednej z sióstr, który jakoś od wielu lat nie może się rozstać z cudowną rodziną i nadal wpada na herbatkę. Kochana kuzyczenka B. zaopiekowała się mną najcudowniej jak tylko umiała, a jutro wraz z B. ze Słupska wpadną na poranna kawkę. Czuję, że odnowimy spotkania i pogaduchy przy tostach z serem i serdelkami ale tym razem u mnie w moim nowym warszawskim domku :)

poniedziałek, 18 sierpnia 2008

Latanki niespodzianki


Oto nastąpił dzień kiedy nareszcie poleciałam do Amsterdamu. Choć wiedziałam, że i tak nie wyjdę nawet na chwileczkę na lotnisko nie mówiąc już o mieście , to sama świadomość , że tam lecę nastrajała mnie pozytywnie do pracy. Poczułam lekki dżeles jak widziałam rozhulaną młodzież na pokładzie, która zaraz miała wyjść z samolotu i zapewne pierwsze co zrobi ,to pójdzie na nieustanną miejską nocno -dzienną imprezkę. Eh jakby pięknie było uciec z nimi z samolotu i zaszyć się na Singlu na kilka dni. Tak dawno nie widziałam mojego kochanego miasta, moich kanałów, rowerów, krzywych domków i barek na wodzie. Mój wypad do Amsterdamu okazał się całkowitą niespodzianką, podobnie jak lot do Krakowa i Zurychu , nie mówiąc już o nocowaniu w hotelu Tego już na pewno nie przewidziałam. Moja "anóżka" czyli mała torba podróżna nie była przygotowana na tą ewentualność , więc zamiast zwiedzać okolice Krakowa cały dzień spędziłam w pokoju , leżąc jak królowa w szlafroku w wielkim łożu. Wszystko byłoby w porządku gdyby nie fakt,że ok godziny 19 zaczęłam się już lekko nudzić tym ciągłym leżeniem. Następnym razem przygotuję się znacznie lepiej , a od dzisiaj zawsze już będę brała ze sobą coś na ewentualne przebranie. Nigdy nie wiadomo co przyniesie kolejny lot. I w zasadzie to jest też duży plus tej pracy. Zamiast myśleć " O Jezu dzisiaj znowu to samo biurko, papiery i ta sama koleżanka na przeciwko" to w moim zawodzie idziesz codziennie z myślą "Ciekawe co przyniesie dzień, z kim będzie mi dzisiaj dane pracować i kto zawita na nasz pokład" :)) czy będzie to M. Rodowicz tak jak wczoraj? :)

wtorek, 5 sierpnia 2008

Rozwój personelu pokładowego

Lekko rozlatana- tak mogę określić obecny stan mojej osoby jako personelu pokładowego w 2 miesiącu. pracy Zostałam dopuszczona już do wszystkich typów samolotów, które latają po Europie. W przyszłości czeka mnie jeszcze nasz "moloch" ;-)Boeing 767 na 21o paxów ale latanie nim będzie mi dane , kiedy stanę się doświadczoną stewardessą :)) i chyba jestem na dobrej drodze. Jeżeli chodzi o serwis już nie rozlewam , nie potykam się i zachowuję się z lotu na lot coraz profesjonalniej. Miałam nawet swoją pierwszą akcję :) Z powodu burzy lądowaliśmy w Poznaniu ,a nie w Warszawie. A dzisiaj lot do Bukaresztu. Moja mapa stolic europejskich zapełnia się w ekspresowym tempie. Muszę przyznać ,że stolica a w zasadzie jej obrzeża wyglądały dość zamożnie ,a nasz hotel stał obok pięknego salonu Ferrari i zjazdu na obwodnicę. Czy u nas jest salon Ferrari czy my mamy obwodnicę w Warszawie? Aż wstyd przyznać co wcześniej myślałam o Romuni, a tu proszę czyżby rzeczywiście pod względem zamożności Polska była na ostatnim miejscu na liście krajów Unii Europejskiej? Moje pozytywne zaskoczenie zmąciła jednak obecność dużej ilości niezbyt przyjemnych czarnych robaków, które opanowały całe lotnisko i okolice. Informacje o pladze znajdowały się również w pokojach, co wzbudziło we mnie pewien niepokój. Dowiedziałam się, że walczą z nimi bezskutecznie od 1996 roku, ale nie wpływają negatywnie na zdrowie ludzkie. Co nie zmienia faktu, że śniły mi się koszmarnie, przez co budziłam się co pół godziny podczas mojego 3 godzinnego spoczynku. Mam nadzieję , że przez takie sytuacje moja praca nie stanie się nagle stresująca ,ma być przecież tylko czystą przyjemnością ;)

piątek, 25 lipca 2008

Uziemienie


"Uziemiona " takim mianem zostałam określona po kilku dniach przymusowego siedzenia w domu z powodu choroby zwanej przeziębieniem. W dodatku , że uziemiona to jeszcze jęcząca i narzekająca na swój ciężki los. Chyba mój współlokator już miał mnie dosyć , wnioskuję po tym,że siedzę teraz sama w upalny weekend i nie mam już kompletnie komu powiedzieć ,że jeszcze boli mnie tak dziwnie w uchu ;-))))Ale musze przyznać ,że długo to znosił i bardzo dzielnie. Przez chwilę mieliśmy obawy ,że i on już się rozkłada, ale udało się jakoś przytłumić chwile niepewności witaminą C .Pewną dawkę informacji o stanie zdrowia podałam dzisiaj siostrze, ona mnie rozumie jak nikt :))) Jeżeli chodzi o wymianę informacji oraz cudowne porady z medycyny możemy śmiało powiedzieć ,że nasza wiedza w niektórych dziedzinach jest zupełnie nie odbiegająca od przeciętnej wiedzy lekarskiej. Mamy nawet małe sukcesy na tym polu :) Nie raz udało nam się zaskoczyć lekarzy jakąś nowinką , lekiem czy nową metodą leczenia ,o której nie mieli nawet pojęcia. Wracając do uziemienia. Jest gorąco , duszno , w dzień 32 w nocy 22 wiec w zasadzie aspiryna nie jest konieczna, oddaje się wodę czy się tego chce czy nie. Ja nie mogąc znieść jednak,że siedzę w domu , już miałam sie ruszyć już chciałam zrobić chociaż mały spacer po parku kiedy nagle luneło , wiec wbiłam się w fotel z gitarką, paczką chusteczek i canal+ . Zrobiłam maraton filmów francuskich i francusko angielskich. Jestem mocno do tyłu jeżeli chodzi o pewne znane pozycje, wiec obejrzałam dzisiaj "Milość. Nie przeszkadzać " i "Basen". Oba filmy zupełnie różne pierwszy był przyjemną komedią romantyczną o utrzymankach, którzy borykają się z codzienną egzystnencją "na salonach" francuskich hoteli a drugi opowieścią o pisarce , która przyjeżdża na francuską prowansję , by napisać kolejną powieść kryminalną. Inspiracją staje się życie mieszkającej z nią córki wydawcy . Opowieść o zabarwieniu erotycznym, z lekką nutką kryminalną. Bardzo przyjemne dla oka i dla ucha. Kolejny plus to postępy na ukulele. Może jeszcze za wcześnie na publiczny występ, ale powoli moja gra zaczyna brzmieć nawet przyjemnie momentami :))) Jutro ostatni dzień uziemienia. A w niedziele? Wracam w obłoki :))))

piątek, 18 lipca 2008

Jak dobrze polotać :)


Co jak co ,ale nie można powiedzieć , że moja praca jest monotonna. Codziennie zmienia się załoga, bo przecież pilotów u nas jest 500 , a stew koło 1800 więc raczej nie ma tej możliwości byśmy codziennie latali w tym samym składzie. Choć czasem szkoda szkoda , bo jakże miłoby było latać częściej z taką ekipą jak dziś. No który kapitan od tak zaprasza po locie załogę na kolacyjkę ,duże piwko i oczywiście wszystko to na swój koszt? Jak powiedziała doświadczona już stewardesa rocznik kursu 79' z , którą przylecialam do Gdańska zjawisko to jest rzadkością. Tak więc mamy szczęście. Od 2 dni mieszkam w Gdańsku w hotelu Marina. W luksusowym Novotelu sieci Accor dostałam pokój z widokiem na morze i plażę. Lepiej być nie mogło. Nasz późno popołudniowy lot do Franfurtu okazał się doskonałą okazją , by zarzyć trochę słońca ,a niektórzy pokusili się nawet o kąpiel w lodowatym Bałtyku. Ja się nawet troszkę zarumieniłam , żałuję jednak że nie wziełam stroju kąpielowego i rakiety do tenisa. Mają tu świetny basen i bardzo dobre korty , na których od rana grają dziarscy dziadkowie. Jedak czułam od śniadania , że sielanka nie może trwać cały dzień ,coś wisiało w powietrzu , wiedziałam że dziś na pokładzie będę miała jakiś problem. I tak zaczeliśmy od tego ,że przez korki w centrum Gdańska ledwo zdążyliśmy na samolot. W samolocie niechcący udeżyłam starszą panią zamykając klapę od szafki( już nigdy nie zamknę szafki dopóki wszyscy nie usiądą - przysięgam), później zaczęłam serwis i co? Idąc z wózkiem miałam otwarte drzwiczki i sobie przechyliłam go jak szłam "pod górę" przy wznoszeniu a 3 rzędy porcji wyleciały mi na ziemię. Na szczęście pasażerowie mi pomogli i w zasadzie ucierpiała na tym jedna porcja uffff. Byłam już dobrze zestresowana, wiec każdą wodę czy kawę podawałam już z drżeniem rąk. Tak to jest jak się człowiek spieszy. Wszystko przez to ,że chciałam być taka "hej do przodu " i nadrobić trochę czasu wychodząc z wózkiem zaraz jak zgaśnie sygnalizacja " zapiąć pasy" . Wieczorkiem wyluzowaliśmy się przy pysznej flondrze i dobrym piwku przy promenadzie :) I jakoś nam się zrobiło błogo , poczuliśmy się jak na urlopie... wieczór, kurort , my w t - shirtach i szum morza. Eh, oby więcej takich wypadów, jakieś Bali czy coś ;-) niestety na razie póki jestem praktykantką wolno mi tylko do gdańskich kurortów. Jutro powrót do Warszawy. Dobrze ,że przyjedzie Justynka , bo perspektywa powrotu do domu , gdzie nadal nie ma Mr B. byłaby dość smutna.

sobota, 12 lipca 2008

Dzień wolny

Eh.. zamiast wdrążać się w pracę zaczynam się przyzwyczajać do tego, że w zasadzie to ja mam więcej wolnego niż pracy. Jeden lot a potem OFF OFF albo STBTEL . Jak jest OFF to wiadomo, że mogę gdzieś wyjść coś pozwiedzać, pójść na rolki do parku czy umówić się na imprezkę, a jak jest STB Tel to nie zaleca się ruszać z domu , bo w każdej chwili mogą zadzwonić i poprosić o przyjazd za pół h :/ wiec pozostaje czytanie książek i siedzenie w necie. Wczoraj był OFF wiec najpierw z nowymi znajomymi z Warszawy poszliśmy do kina na Hancocka reż.Petera Berga z Will Smith, Charlize Theron. Film był całkiem zabawną , luźną historią dość nietypowego bohatera miasta L A niczym Superman czy Spiderman , który osamotniony w świecie postanawia zmienic swój niezbyt lubiany przez ludzi wizerunek. Poznaje Charlize Theron ,jak zwykle piękną (szczególnie w jednej scenie w przyczepie kempingowej) , która z nieufnością patrzy na bohatera oraz niezdarnego twórcę kampanii na rzecz pomocy biednym, który w dowód wdzięczności za uratowanie życia pomaga Hancock'owi wejść na dobrą drogę.
Zrelaksowani filmem, głodni i spragnieni udaliśmy się do Hard Rock Cafe, populanej na całym świecie knajpy , gdzie można posłuchać dobrej rockowej muzyki,w sobotę live , zjeść mega wielkie porcje amerykańskiego żarcia i obejrzeć różne oryginalne stroje , gitary, zdjecia i inne rzeczy , które znane gwiazdy miały na sobie podczas niezapomnianych koncertów, kręconych teledysków czy sesji zdjęciowych. Ze względu na to ,że noc była jeszcze młoda ,a ja byłam spragniona tańców wybraliśmy się do Organzy niestety już w mocno okrojonym składzie. Organza to mały klub w starej kamienicy na ul. Sienkiewicza 4. Ma miłe kameralne wnętrze, podobno w dzień jest także restauracją. W nocy jednak zamienia się w bardzo tłoczną imprezownię ,bo jak uznał mój współlokator tu zawsze jest świetna zabawa,wiec dobra fama odzwierciedla się w ilości młodych osobników (wczorajszego wieczoru akurat liczniej przybyłych mężczynz) Podzielona jest na 3 poziomy na górnej antresoli można odpocząć od tłoku szalejących na parkiecie ciał na poziomie zero z dj na podwyższeniu owiniętym pluszem , a poniżej owych ciał znajduje się kolejny parkiet z już zupełnie innymi ciałami :) i zupełnie innym Dj przyciągniętym, chyba z letniego kurortu Pobierowo , o czym świadczyła grana przez niego muzyka w stylu hitów "Kanikuły: czy "Jesteś szalona". Na poziomie zero , czyli tam gdzie byliśmy my (czyli ja i mój współlokator) Dj bardziej się starał miksując trochę popu lat 90' hity lat 80 i najnowesze przeboje. Nawet nieźle się wybawiliśmy. Musimy się jednak kiedyś wybrać tam w czwartek , bo podobno tego dnia odbywają się tam latino fiesty :) w sam raz na letnie wieczory wolne od pracy.
Tak więc powoli zaczynam poznawać Warszawskie kluby. Byłam na razie w Hotlu ,Hard Rock Cafe i w Organzie , a lista jest jeszcze baaardzo długa. Mam jednak czas. i zawsze chętnych. W poniedziałek przyjedzie moja przyjaciółka , to razem podbijemy miasto. Już się nie mogę doczekać :)))

czwartek, 10 lipca 2008

Poranek nad Morzem Czarnym :)

8 lipca 2008 godz 9 00- troszeczkę zaniedbałam swój blog. Zobaczyłam jednak kolejny wpis mojej siostry i szwagra z wyprawy do Tajlandii, gdzie mimo że śpią na klepisku pokotem, gryzą ich pijawki i nie mają czasem co jeść poza smażonym ryżem, to i tak znajdują miejsce i czas żeby zdać relacje z wyprawy. To niesamowite. Zobaczcie sami (www.ania-maciek.com) Dlatego wstydz się mała Mucho taki leń !To jednak typowe dla mnie, tzw. "słomiany zapał". Generalnie włącza mi się syndrom "leniwca" moich kochanych współlokatorów, którzy bardzo nielubią wstawać o świcie i pracować jak mróweczki ,czy uczyć się ze skutkiem stypendium naukowego. Dzisiaj np. mój współlokator nie poszedł na poranny, z resztą już poprawkowy egzamin , bo jakoś tak dobrze mu się akurat spało :) Mam wrażenie , że udzielił mi się ich tryb życia kładę się k. 3 czasem 4 i wstaję o 13 . Nie mogę jednak nic złego powiedzieć o Mr.B który zarabia własnie ciężkie dolary w Stanach ;-) i wstaje codziennie baaardzo wcześnie, ba nawet w świętą sobotę! Ale za to nie będzie musiał później już nic robić przez cały rok ;-) Ja tym czasem dzięki temu , że wczoraj pospałam dłużej ,dzisiaj byłam żeśka aż do samego rana czyli do 7. Ten piękny widok( zdj. obok) uwieczniłam kiedy wszyscy smacznie spali , a ja podziwiałam świat za oknem. Natura potrafi robić wspaniałe spektakle o poranku i robi to w takiej ciszy. Słońce skryte za barwnymi chmurami nagle wystrzeliwuje jak płonący pocisk ciepłym światłem czerwieni. Jeżeli ktoś czuje się znerwicowany, niespokojny , zestresowany polecam nocny lot z porannym lądowaniem. 4 rano, dostarczy tyle pozytywnej energii , spokoju , i odprężenia że stres odejdzie w mig. Jest 9 a ja jeszcze nie śpię , jest mi dobrze, czuję się wypoczęta mimo , że jeszcze nie spałam od wczoraj. Z resztąjuż sam widok białych obłoków kojarzy mi się z niebiańskim spokojem. Mam zawsze wrażenie , że jestem jakby bliżej niebios i nic nie jest w stanie zmącić mojego spokoju ducha. Pasażerowie chyba odczuwają tą pozytywną energię , którą jestem naładowana, bo kiedy z nimi rozmawiam bywa , że mówią że jestem bardzo optymistyczna i mam dużo ciepła i uśmiechu. To miłe ,że dostrzegają takie rzeczy. Dzisiaj leciałam z dwiema Holenderkami. Strasznie się ucieszyły , bo przemówiłam do nich po flamandzku. Może moje słowa nie brzmiały w pełni poprawnie ale już samo Will U its drinken? ucieszyło panie na cały lot. W końcu Holandia to małe państewko a tu proszę wracają z Cypru , jakimiś polskimi liniami i jeszcze gada do nich stewa w ich języku. Nie mogłam się powstrzymać :) Nigdy nie przegapiam okazji by choć trochę porozmawiać z Holendrami :) eh czekam tylko na ten lot do Amsterdamu ... ... rozmarzyłam się ale opiszę jeszcze dwa nowo odkryte zjawiska, o których mam wrażenie jakby nie uczyłam się zbyt szczegółowo na meteo ,albo nie umiałam ich sobie wyobrazić . Pierwsze to sauna na cypryjskim lotnisku. Nagle nie wiedzieć skąd i jak nadchodzi wielka młga jak mleko. Kiedy już wejdzie i na Ciebie nie możesz swobodnie oddychać. Jest tak mokra i gorąca ,że możesz sobie zrobić przysłowiową " parówkę na cerę" , z resztą takie własnie jest uczucie, jak głowa pod ręcznikiem nad miską. Trwa to godzinę po czym opada i czuć lekką mrzawkę na twarzy.Innym zaobserwowanym zjawiskiem jakie stworzyła natura jest odbicie cienia samolotu w tęczowym kręgu na tle chmury. Obiecałam sobie ,że następnym razem uchwycę to aparatem, choć nie jestem pewna czy tym aparatem jaki posiadam można to uchwycić. (Jak już będę tą lepiej zarabiającą stewa polecę po jakiś fajny aparat za Atlantyk.) To efekt Słońca , które rzuca promienie na samolot , promienie rozchodzą się promieniście tworząc na chmurze okrąg a wewnątrz mieści się samolot ale w zmniejszeniu :) Nawet mój szef, który lata już od 84' (czyli od roku w którym zjawiłam się na świecie) był równie zadziwiony zjawiskami jakie dostrzegliśmy. No dobrze. Idę spać, kleją mi się już oczy wiec czas już zasnąć snem sprawiedliwego.

sobota, 5 lipca 2008

"Gdzie leci? Londyn? Nie ma takiej możliwości! Jest Lądek, Lądek Zdrój! Prze pana"


Na drugi lot zgłosiłam się już 40 minut wcześniej. Choć chciałam być godzinę wcześniej nie obyło sie bez stresu. Tramwaje w Warszawie są nieprzewidywalne i nie wiadomo kiedy nagle zaprotestują i będą stać na każdym przystanku 15 minut. Lekko zestresowana, zaopatrzona w tabletki i zaplastrowana na krzyż ruszyłam do na podbój Londynu. Udało się. Podczas lotu czułam się fantastycznie. Dostałam grupę pasażerów z biznesu :) Serwowałam drinki , dyskutowałam i umilałam im lot. Pod koniec pracy otrzymałam pochwałę od instruktorki , która powiedziała że generalnie jestem super i że będę świetną stewardesą. Największym zaskoczeniem były słowa podziękowań pasażerów biznesu, którzy żegnali mnie mówiąc że dawno nie byli tak miło obsłużeni przez nikogo. A komentarz dnia z rejsu jednego z pasażerów : "Serwis stewardes jak z linii Emiratów ,a uroda jak z Lotu" Pan chyba miał osobistą dekompresję bez maski :/
A już bym zapomniała w Londynie podobnie jak w Madrycie moja noga nie stanęła na lądzie :/ więc gdyby ktoś mi zazdrościł wizyty w obu miastach w ciągu dwóch dni to nie ma już czego. Big Bena nie zobaczyłam :/

Pierwszy lot

Pierwszy lot - Madryt. I nie mogłam zacząć normalnie jak człowiek. Do pokoju briefingu wpadłam jak gwiazda - spóźniona :/ Wg. moich obliczeń byłam na czas jednak wg. czasu Lotowego spóźniona co najmniej o 15 minut! Ciężko się połapać z tymi godzinami. Raz trzeba dodać 2 godziny raz odjąć 2. Nie opanowałam jeszcze czasu lokalnego w portach i mam nadzieję , że któregoś pięknego dnia się nie okaże że zostałam w porcie , bo pomyliłam godziny a moja załoga już poleciała. Wracając do Madrytu. Lądowanie miałam w kokpicie z dwoma przemiłymi pilotami. Niestety to mnie dobiło. Lądowaniu towarzyszyły turbulencje i podmuchy wiatru. Walczyłam ze sobą , czułam że trwa to wieczność. Wylądowałam ale rejs powrotny okazał się koszmarem. Na pokładzie mieliśmy dwóch deportowanych z eskortą, którzy siedzieli w przedostatnim rzędzie. A ja? Zajęłam miejsce zaraz za nimi. Umierałam , waliło mnie czy zaliczę czy nie. Jednak inne stewy okazały się przemile i pomogły mi dotrwać do do końca rejsu. Wyszłam z samolotu zielona całując ziemię. Dopadł mnie smutek... że być może to koniec. Poszłam spać. A kolejny dzień zaczęłam z paczką coculinu i plastrem na pępku wg zaleceń mamuni :)