Pierwszy lot - Madryt. I nie mogłam zacząć normalnie jak człowiek. Do pokoju briefingu wpadłam jak gwiazda - spóźniona :/ Wg. moich obliczeń byłam na czas jednak wg. czasu Lotowego spóźniona co najmniej o 15 minut! Ciężko się połapać z tymi godzinami. Raz trzeba dodać 2 godziny raz odjąć 2. Nie opanowałam jeszcze czasu lokalnego w portach i mam nadzieję , że któregoś pięknego dnia się nie okaże że zostałam w porcie , bo pomyliłam godziny a moja załoga już poleciała. Wracając do Madrytu. Lądowanie miałam w kokpicie z dwoma przemiłymi pilotami. Niestety to mnie dobiło. Lądowaniu towarzyszyły turbulencje i podmuchy wiatru. Walczyłam ze sobą , czułam że trwa to wieczność. Wylądowałam ale rejs powrotny okazał się koszmarem. Na pokładzie mieliśmy dwóch deportowanych z eskortą, którzy siedzieli w przedostatnim rzędzie. A ja? Zajęłam miejsce zaraz za nimi. Umierałam , waliło mnie czy zaliczę czy nie. Jednak inne stewy okazały się przemile i pomogły mi dotrwać do do końca rejsu. Wyszłam z samolotu zielona całując ziemię. Dopadł mnie smutek... że być może to koniec. Poszłam spać. A kolejny dzień zaczęłam z paczką coculinu i plastrem na pępku wg zaleceń mamuni :)
Czy Bangkok zachwyca?
17 lat temu
1 komentarz:
Ty talenciaro! Bombeczka! Teskno mi do Ciebie.
- siorella
Prześlij komentarz