sobota, 27 września 2008

This is the men's word :)))

5 :00 wpadam zaspana do pokoju stewardes zwanego potocznie " gniazdem żmij" , wbrew określeniu siedzą w nim sami faceci. " To dobry znak" myślę. Może uda się z którymś polecieć. Siadam przed komputerem, drukuję tzw. "kartkę na wódkę" (dzięki niej załoga dostaje zniżki na alkohol w Baltonie :)) , jednak jej głównym przeznaczeniem jest poinformowanie o ilości paxów w biznesie i ekonomii, godzinie odlotu, przylotu oraz ekipie, która będzie wykonywać rejs danego dnia. Czekam na druk .... ooo lecę z największym dżentelmenem ze stewardów. Już wiem , że będzie dobrze :) Chłopów nie znam ale zważywszy na lata pracy( to też podane jest na kartce) będą młodzi , wiec pewnie i wyluzowani. Perspektywa spędzenia 3 dni w szarych Katowicach ze zblazowaną ekipą, rozgadanymi panienkami , które muszą koniecznie obgadać wszystko i wszystkich po kolei , czy nie daj Bóg z instuktorką wcale nie nastrajała mnie pozytywnie. Tu jednak miłe zaskoczenie. "Chłopy"czyli piloci wyluzowani , szef jeszcze bardziej. Żadnego serwisu w stylu bułkę przez bibułkę , "welkamy" na tacy czy robienie doktoratu z podawania kawy. Świadomość przewidywanej 3-dniowej laby pokierowała mnie przed lotem do księgarni, gdzie zakupiłam sobie książkę Elizabeth Gilbert "Jedz , módl się, kochaj", bo przecież coś w samolocie trzeba robić prawda? Siedząc sobie z lekturą w ostatnim rzędzie uświadomiłam sobie, że od jakiegoś czasu najmilszym towarzystwem nie są wcale koleżanki ale własnie koledzy. Wszystko zaczęło się tak naprawdę od kiedy zamieszkałam z chłopakami. Całe życie miałam przy sobie przynajmniej jedną do 4 koleżanek , z którymi imprezowałam , piłam kawkę, uprawiałam sport czy plotkowałam. W licealnej klasie miałam 30 dziewczyn, a w domu jak to tato zwykle określał "Krainę wiecznego okresu" :) same babki, matki, córki, kocice i suki ;) Z żadną z dziewczyn nie jest mi tak łatwo umówić się na spotkanie, imprezę czy zwyczajne wyjście na spacer jak z facetami. U ONych szybka decyzja -Wychodzimy? -Wychodzimy. U ONEch-Nie wiem, nie mogę, zmęczona, idę do chłopaka na film , nie piję, mam okres, mam pracę , nie mam w co się ubrać. To spowodowało , że na rolki, do parku , na kawe czy koncert wybieram szybszą , bardziej zdecydowaną ekipę męską. I zawsze wracam w świetnym humorze. Nawet w pracy, jeśli jest to 3 dniowy wyjazd. Po ostatnim pobycie w Gdańsku z inną męską podniebną drużyną nie mogłam przestać się śmiać jeszcze jadąc do domu w autobusie. Szkoda , że stewardzi u nas stanowią tylko 25 % całego personelu pokładowego. Mogłoby ich być conajmniej z 80 %, taki AXE JET w wersji męskiej :))) to by się działo .


niedziela, 14 września 2008

survival w Moskwie

No i proszę przeżyłam swoją pierwszą prawdziwą przygodę w pracy. Miałam ten zaszczyt mieć ją już po 2 miesiącach angażu w firmie , kiedy to moje koleżanki z załogi musiały czekać na nią latami :) Oczywiście nikomu nie życzę takiej eskapady ale jeśli ktoś jest już bardzo znudzony swoją robotą , być może, że miałby pragnienie polecieć do kraju pełnego paradoksów i znaków zapytania. O czym mowa ? O Rosji tym razem. Nasz rejs miał się zakończyć po 2 dniach lotów do Krakowa , Genewy i Moskwy jednak okazał się dłuższy niż nam się wydawało. Dnia drugiego wylecieliśmy do Moskwy rejsem wieczornym. Na pokładzie tradycyjnie serwis dublowany kolejnymi drinkami. Zakończony kłótnią z pasażerami , którzy byli w wielkim szoku , że skończyło się wino , wódka i piwo. Po dwóch godzinach walki serwisowej przymierzaliśmy się do lądowania. Pogoda była nieciekawa, szare chmury widać było przez wizjer, a podczas zejścia miałyśmy przez chwilę uczucie nagłego spadku i wznoszenia. Siedząc w trójkę na swoich jupseat'ach w tylnym bufecie skomentowałyśmy jednogłośnie , że zapewne to burza , powodowała te dziwne wzloty i zloty. Na lotnisku w Moskwie okazało się , że mieliśmy mały problem z masyną. Na szczęście nasi piloci dali sobie znakomicie radę , choć wyszli z kokpitu lekko bladzi. Podczas długiego oczekiwania na mechanika uraczałyśmy się kawą i teramisiu z biznesu , szefowa wróżyła z wahadełka czy wylecimy czy nie,opowiadała o pierścieniu Atlantydy ,który przynosił jej szczęście a my z nudów ćwiczyłyśmy podstawowe zwroty po rosyjsku. Profesionalny mechanik oświadczył najpierw , że wszystko działa i możemy lecieć , po czym coś go tknęło i wrócił się na chwilę by jeszcze raz potwierdzić swój werdykt i wielce zdziwony odkrył , że chyba jednak coś nie koniecznie Poinformowani o fakcie przygotowaliśmy się do wyjścia do obiecanego nam hotelu . Jednak , żeby nie było za lekko przeszliśmy długi proces identyfikacji załogi. Nasze paszporty sprawdzano, kserowano, podbijano i zgłaszano z 20 razy. Obiecano nam również Novotel a zamiast tego wpakowano nas do jakieś rudery na przeciwko tłumacząc a w zasadzie oznajmiając nam rozkazująco, że tu śpimy, nie ma nigdzie miejsc i koniec. Zmęczeni całym dniem i pogodzeni z faktem , że jeśli się nie zgodzimy może być tylko gorzej weszliśmy do środka. Poraz pięćset piędziciesiąty czwarty zabrano nam paszporty , tym razem na cała noc. Wchodząc do głównego holu stwierdziliśmy, że nie jest tak źle , hotel wyglądał w środku całkiem przystępnie. Nasze doznania zmieniły się jak tylko dojechaliśmy na górę. Pilnowani przez trzech strażników dowiedzieliśmy się, że nie będziemy mogli wyść z hotelu a śniadanie mamy zjeść w pokoju. Zamknięto nas na klucz i pilnowano całą noc. W kranach leciała brązowa woda,więc nie było mowy o umyciu się. Nad ranem strażnik , który był wcześniej za drzwiami nagle znalazł się przed nimi z własnym krzesełkiem. Do godziny 14 zmieniali się co 15 minut , gadali przez krótkofalówki i udawali że ich nie ma. Jeżeli ktoś kiedyś łudziłby się , że dodzwoni się do ambasady czy konsulatu to od razu uprzedzam , że napewno nie w tym kraju. O 10 przyszła pani Jadzia z kuchni , dała nam śniadanie w styropianowych pojemnikach w postaci rozgotowanego ryżu , masła i parówki. Dodatkowo otrzymalismy plastykowe kubki z torebką herbaty. i plastykową łyżką do zupy. Był tylko jeden zasadniczy problem , otóż nie mieliśmy wrzątku :) , a w recepcji powiedzieli nam , że nie przyniosą bo mają własnie jak to grzecznie określili- "technikal break" co w wolnym tłumaczeniu oznacza " spadaj leszczu nie ma i nie będzie!". Przesiedzieliśmy przedpołudnie w pokoju wraz z pilotami w dziwnych porannych strojach;). O 14 wpadli 3 ochroniarze i wypędzili nas z pokoju. Po drodze wyrzucili z windy starszą panią , bo więźniom nie wolno jeździć z normalnymi ludzmi. Zawieziono nas po innych transferowych więźniów z Novotelu i wyrzucono na lotnisku uprzednio poraz kolejny zabierając paszporty. Dzień spędziliśmy na bezcłówce , a wieczorem polecieliśmy benkiem 767 do domu :) Na pokładzie załoga przywitała nas szampanem. Przez następny dzień czułam jeszcze lekki stres ,ale dzisiaj już powoli odeszło. Martwi mnie tylko fakt , że jeszcze w tym tygodniu czeka mnie kolejna eskapada na Białoruś i do Rosji. Jakby się tu spakować w takim razie hmmmm ... może w jakąś wizę?

wtorek, 2 września 2008

Rodzina Borejko

Kiedy byłyśmy dziećmi ja i moja siostra uwielbiałyśmy wczytywać się w fantastyczne historie pewnej wyjątkowej poznańskiej rodziny Borejko.Ich wielopokoleniowe perypetie życia śledziłyśmy niemalże systematycznie z każdym pojawieniem się kolejnej części M. Musierowicz w księgarni. I każdy kto ma chodź troszkę romantyzmu w duszy i zna ich historie nie zaprzeczy,że za młodu po cichu marzył aby stać się chociaż dalszym przyjacielem któregoś z jej członków, nie mówiąc już o wstąpieniu do rodziny. Jeśli ktoś miał szczęście to w swoim mieście i życiu mógł natrafić na takich Borejków. Nie koniecznie wszystkich razem ale pojedyncze postacie. Moimi Borejkami jest pewna znana mi już od cudownych lat licealnych rodzina , której członkowie pierwotnie wywodzą się chyba z rodu Tatarów czy Mongołów, bowiem skośne oczy i tak zwana fałda mongolska są charakterystyczną cechą ich urody. Porozrzucani po całej Polsce ale i świecie dają radość ludziom , którzy mieli tą wyjątkową sposobność ich poznania. Moje tzw. "córki Borejko" to dwie kuzynki, niezmiernie do siebie podobne . Wspólną cechą poza fałdą oczną jest rozpierająca je energia , fantazyjne stroje,1001 pomysłów na niepogodę i nudę , niebywałe zdolności umysłowe i umiejętności przyciąga jak magnes swoim urokiem osobistym wszystkich mężczyzn. Jedną Borejkównę znam od wielu lat. Mieszkała w prześlicznym mieszkanku na ostatnim piętrze w artystycznego bloku koło SOK-u ze swoją wspaniała mamą , znaną aktorką słupskiej sceny teatralnej dla dorosłych jak a niegdyś dla dzieci. Klimat ich domu, sprawiał, że nikt nie czuł się tam nieswojo i zawsze było żal wychodzić na ostatni autobus. Wśród bambusowych zarośli kuchennego kącika mama i córka "Borejówny" spędzały całe dnie i noce na dyskusjach o książkach, sztuce , miłości ,muzyce i życiu. Stałymi bywalcami przyżądzanych namiętnie tostów byłyśmy my a także kabareciaże i muzycy z bloku. Czasami wpadał też zdyszany pokonaną na rowerze trasąUstka- Słupsk, ojciec młodej borejkówny z zawodu perukarz teatralny , z zamiłowania paralotniarz, fotograf , roweżysta , kobieciarz . Długie wieczory skończyły się jak tylko młoda B. wyjechała do Krakowa by tam , rozwijać swój talent aktorski. Reanimowane spotkania w dni świątecznie nie były już tymi samymi co za czasów 1 LO. Miłe chwile jednak wróciły niespodziewanie po latach, gdy zamieszkałam w Warszawie. Młoda B. zaczęła przyjeżdżać na castingi , by sprawdzić ileż to już się nauczyła przez lata studiów na wydziale aktorskim. Krok po kroku przyciągneła do mnie swoją kuzynkę ( drugą moją borejkównę), którą poznałam wiele lat temu , kiedy przyjeżdżała do Heleny na letnie weekendy z miejscowości Koło ( ze słynnego trójkąta przemysłowego ,każdy pewnie pamięta maglowane na geografii rozmieszczenie węglą Konin -Koło- Turek) . I zawsze było mi przykro , że taka fajna dziewczyna nie mieszka w Słupsku tylko w jakimś węglanym kółku. Radość i szczęście uśmiechnęło się poraz kolejny, gdy okazało sie ,że studiuje w Warszawie. Dzisiaj przyjechałam do Kółka by leczyć "kwiaty kalafioru" i poznałam kolejnych członków borejkowej skośnookiej rodziny. Aż mi się miło zrobiło , gdy nowo poznana mama drugiej B. zabawiała właśnie w swojej kuchni opowieściami byłego chłopaka jednej z sióstr, który jakoś od wielu lat nie może się rozstać z cudowną rodziną i nadal wpada na herbatkę. Kochana kuzyczenka B. zaopiekowała się mną najcudowniej jak tylko umiała, a jutro wraz z B. ze Słupska wpadną na poranna kawkę. Czuję, że odnowimy spotkania i pogaduchy przy tostach z serem i serdelkami ale tym razem u mnie w moim nowym warszawskim domku :)